540km na rowerze – dzisiaj mnie przeraża – rozmowa z Markiem Szerszyńskim, ekspertem naszej akcji.

Tłumy przy trasach wielkich tourów kolarskich, trzytygodniowe transmisje telewizyjne pokazują jak wielką popularności i biznesowe znaczenie ma kolarstwo. Giro d’Italia, Vuleta a Espania i Tour de France, to najważniejsze i najbardziej wymagające toury rowerowe. Mają wszystkie atrakcyjne elementy, od jazdy indywidualnej na czas, najbardziej emocjonujące górskie odcinki, po długie etapy dochodzących do 250km, oczywiście mają swoich bohaterów, rewelacyjnych komentatorów i wielomilionową publiczność – to wydarzenia kompletne. Aby wystartować drużyna musi zakupić licencję i powinna wytrzymać uczestnictwo w tych 3 imprezach. Najbogatsi dysponują rocznie budżetami sięgającymi 40 mln euro, a zawodnicy otrzymują kontrakty stałe, plus część z równo dzielonych, pomiędzy zawodników, premii i nagród. Najlepsi zarabiają kilka mln euro, a do tego, indywidualne kontrakty reklamowe.

Po sławę i pieniądze zaczęto ścigać się po koniec XIX wieku, w wyścigach jednodniowych. Niektóre z nich nazywamy dzisiaj kolarskimi monumentami, pewnie ze względu na swoją długą i mocną tradycję.

Najstarszy z 5 monumentów to belgijski Liege-Bastogne-Liege, nazywany również „Staruszką”, który swoje początki ma w 1892 roku. W rowerowym świecie uznawany za jeden z najtrudniejszych, gdyż trasa 250km w Ardenach składa się z licznych stromych podjazdów. Z Polaków nikt nigdy nie stanął na podium.

Léon Houa zwycięzca pierwszej edycji wyścigu 1892 zorganizowanej przez gazetę L’Expresse. Źródło: https://en.wikipedia.org

Paryż-Roubaix podobnej długości –  259km – nazywany „Piekłem Północy” istnieje od 1896 roku, później zyskał przydomek  „Królowej Klasyków”, pewnie za sprawą 55 km po 19 – wiecznym bruku. Odcinek ten sprawdza trwałość maszyn i ludzi, a niesamowite kraksy na śliskiej, nierównej nawierzchni są stały elementem wyścigu. Tu również Polacy nie zapisali się na czołowych miejscach.

Znalezione obrazy dla zapytania Paryż-Roubaix
Paris – Roubaix : źródło cyclingnews.com

Giro di Lombardia, albo „Wyścig Spadających Liści”, organizowany jest, od 1905 roku, na zakończenie sezonu. Ponad 240km, prowadzi m.in. przez  Madonna del Ghisallo, sanktuarium Matki Boskiej Patronki Kolarzy, bo jest i taki patronat! Tu Rafał Majka wywalczył 3 miejsce w 2013, Zenon Jaskuła był 14, w roku 1994, a nasz ekspert kolarski, Marek Szerszyński, zajął 18 miejsce w 1990.

Podobny obraz
Jesień często zaskakiwała pogodą, w 1928 – powódź zalewała drogi, ale wyścig się odbył – źródło: www.pezcyclingnews.com

W 1907 roku zaczęła się historia Mediolan – Sanremo – „Primavera”,  albo „La Classicissima” i, z dystansem 300km, jest to  najdłuższy z 5 monumentów. Tu w 1999 roku po brązowy medal sięgnął Zbigniew Spruch, a w 2017 wygrał Michał Kwiatkowski.

Znalezione obrazy dla zapytania Michał Kwiatkowski Mediolan - San Remo
20.03.2017 – Michał Kwiatkowski pokonuje na finiszu Petera Sagana i Julian Alaphilippe’a . źródło http://www.cyclist.co.uk/news/ – foto Jack Elton-Walters

Ponętnie  brzmiąca nazwa – „Flandryjska Piękność” czyli Ronde van Vlaanderen, (1913) może brzmieć zwodniczo, otóż trasa wiedzie przez wzgórza Flandrii. Liczne podjazdy, często wybrukowane, są bardzo strome a jedno nachylenie, ponad 20% powoduje, że niektórzy kolarze schodzą z rowerów. Zbigniew Spruch, na tej „drodze krzyżowej” – bo i taka nazwa funkcjonuje – wszedł dwukrotnie do pierwszej dziesiątki.

Znalezione obrazy dla zapytania Ronde van Vlaanderen
Flandryjska Piękność – źródło: http://www.tourclubrijssen.nl

W Polsce, w 1928 roku ruszył Tour de Pologne, 25 lat po Tour de France, więc zważywszy na czas odbudowy państwa polskiego, to bardzo szybko. A wracając do pieniędzy, aktualnie „polską pętlę” można zorganizować za 4-5 mln euro, zwycięzca może wywalczyć 10 tys. euro + samochód, co jest wyraźnie mniej od ok. 2 mln euro nagrody głównej w dużych tourach.

Tyle w przybliżeniu. Jak widać, 300km to górna granica dla klasyków jednodniowych. Chce dopytać o kilka szczegółów Marka Szerszyńskiego, eksperta naszej akcji, byłego zawodowego kolarza, medalisty Mistrzostw Polski, uczestnika tych wielkich wyścigów, bez pomocy którego Lech Piasecki, nie zdobyłby tytułu Mistrza Świata w 1985 roku. Marek prowadzi sklep i serwis rowerowy w Sopocie, przy ul. Dworcowej 1, tuż przy głównej poczcie. Skoro sklep to pytam od razu ile kosztują rowery tych zawodników, których teraz obserwujemy na wielkich tourach, i czy one są w normalnej sprzedaży ?

MS – Taki rower można kupić za 50 tysięcy złotych, a cena najdroższych, czasowych może dochodzić do 80 tysięcy. To „wyścig zbrojeń”, gdzie para kół karbonowych kosztuje 30 tysięcy złotych, konstruktorzy zmierzają w kierunku ograniczenia wagi, choć tu wprowadzono limit do 6,7 kg dla rowerów szosowych, które widzimy na wyścigach, ale maszyny torowe potrafią ważyć i 4,5 kg.   

Jak szybko zużywają się takie rowery?

MS – Zawodnik klasowy wymienia rowery raz na rok, a używa ich 3 do 4. Inne są do jazdy po górach, inne na płaskim, jeszcze inne do jazdy na czas, a do tego zapasowy. Potem takie rowery przekazywane są innym zawodnikom, dalej juniorom i mogą jeszcze służyć amatorom. Trochę jak z samochodem, trzeba wymieniać części, hamulce według zużycia, a np. łańcuch co 3000km, kasetę co 5000km. Dobrze utrzymywane rowery mogą służyć długo.

Jaki najdłuższy dystans jechałeś w wyścigu?

MS – Sanremo 320km i to jednocześnie był mój najdłuższy jednorazowy przejazd. Zawodnik przygotowany zniesie to dobrze, aczkolwiek w klasycznym kolarstwie jest to górna granica. Zmęczenie wychodzi dzień później, a najlepszym odpoczynkiem jest luźna jazda 30-50km.   

Prędkości ..

MS – Średnie prędkości na wyścigach to 45km/h, a na Giro Lombardia z wieloma długimi podjazdami, o nachyleniu 10%, gdzie prędkość spada do 15km/h, średnia wychodzi 38km/h. Z tym schodzeniem kolarzy z rowerów, to jest tak, że podjechać 20% potrafią, a schodzą niektórzy z rowerów, bo gdy peleton dojeżdża do stromego i bardzo wąskiego podjazdu, gdzie tworzy się „buła”  niektórzy hamują do zera i wolą zejść niż cisnąć się w tłoku na ściance. Z kolei na zjazdach prędkości przekraczają 100km/h. Rekord, w ogóle? – Chyba 250km/h w jakiś warunkach aerodynamicznych, ale to już laboratorium.  [268 km/h za osłoną aerodynamiczną, i 133 km/h na szosie. ]

Pojawia się kryzys i co robi kolarz?

MS – Jazda najczęściej jest w peletonie, więc nie ma poczucia samotności, można się schować, puścić nogi, jechać „na kole”, więc stan wyczerpania, maratońskiej ściany, nie jest częsty.  Z drugiej strony jest kalkulacja, może lepiej zejść i wystartować za tydzień, za miesiąc. Chyba, że jest to wyścig wieloetapowy i trzeba dojechać. Najczęściej na etapach górskich, gdzie peleton się rwie i trzeba pracować samemu, niektórzy mają swoje „dożynki” i dojeżdżają samotnie, nawet i godzinę po wszystkich.

Co sądzisz o dystansie 540km w potrójnym ironmanie, rozgrywanym w pętli kilku kilometrowej?

MS – dzisiaj to mnie przeraża … 540 km to bardzo daleko, a do tego trzeba potem pobiec trzy maratony. Niewielu ludzi na świecie jest w stanie zrobić coś takiego. Cóż, 540 km, pewnie zajmie jakieś 15 godzin, i ten czas trzeba wysiedzieć na siodełku. Nie mam dobrych rad, bo Robert pewnie wie wszystko, czego ja nie wiem, do tego zakładam, że zrobi dwa, trzy długie wyjeżdżenia po 300km, bo to jedynie nauczy ciało długotrwałej pozycji siedzącej. Poza tym, warto pamiętać, by nie rozpędzać się na początku, że wielu padło „z głodu”  – czyli regularne odżywianie, no i systematyczna gimnastyka podczas jazdy, by nie doszło do zesztywnienia ciała. Największym zagrożeniem, według mnie, jest chłód i wiatr, wielu przez to rezygnuje – zatem życzę pogody.

A jak Robert będzie w Trójmieście zapraszam na weekendową przejażdżkę – ok. 100km – po kaszubskich pętlach. 

 

  1. w wywiadzie dla ONET.PL – Lech Piasecki – jedyny polski kolarz, który zdobył Mistrzostwo Świata amatorów i zawodowców tak wspomina:

Całość:  https://sport.onet.pl/kolarstwo/syn-wiatru/41ttw

…Po mistrzostwach świata w Giavera de Montello mówiono o panu jako o „burzy piaskowej”, tak śmignął pan rywalom na ostatniej prostej.

– Mistrzostwa świata były ukoronowaniem wspaniałego sezonu. Tam bardzo pomógł mi Marek Szerszyński, który na ostatnich kilometrach likwidował wszystkie ucieczki. Dzięki temu zostawił mi bardzo dogodną pozycję do finiszu. Ja zawsze powtarzam, i powtórzę to jeszcze raz, połowę mojego złotego medalu mistrzostw świata należy do Marka Szerszyńskiego…

[foto tytułowe pochodzi z artykułu j.w.]

Marek Szerszyński i Lech Piasecki 2017 źródło: FB https://www.facebook.com/rowery.sopot/

kontakt z Markiem Szerszyńskim

www.facebook.com/rowery.sopot/

www.alter-rowery.pl

Tomek Tarnowski

 

 

Wielkanoc – życzenia

pokory, która pozwala zapomnieć o sobie

rzeźba Michała Anioła (stworzona ok. 1498–1500) znajduje się w Bazylice Św. Piotra w Rzymie. Te krótkie życzenia zainspirowane zostały pewnym wpisem na FB Ks. Krzysztofa Niedałtowskiego – dziękujemy.

Jurek Górski – MUSISZ BARDZO TEGO CHCIEĆ

Z Jurkiem Górskim rozmawiam telefonicznie, nie nagrywam tylko notuje, nie chodzi o sprawozdanie, precyzyjny zapis a raczej złapanie tych delikatnych wątków, które tworzą ultra – ultra odległości, problemy, motywacje. Cz.1

– czy dystans 2x ironman był najcięższą przeprawą?

JG – Nie.  Najcięższą sportową przeprawę miałem na 100 mil – The Western States 100-Mile Endurance Run. ( To jeden ze starszych (1974) stumilowych biegów górskich, rozgrywany w Kaliforni, ze startem w Squaw Valley i metą w Auburn. Przewyższenia są ogromne, zawodnicy startują z ok 1800mnpm, wspinają się na ponad 2700, kończą natomiast poniżej poziomu startu. W sumie podbiegów w pionie (vertical) jest 5500+m.,  a zbiegów 7000-m.)

WYSOKO – 2017-Western-States-100-Jim-Walmsley – Photo iRunFar Jake Beiler

Wcześniej startowałem w maratonach, ironmanach, ultramanie, natomiast start w tym wyścigu, na dwa miesiące przed Mistrzostwami Świata w ultra triathlonie (2 x ironman), wymyślił Antoni Niemczak (rekord w maratonie 2:09 ), który zaprosił mnie do Stanów i pomagał w przygotowaniach. To miało być jak zaszczepienie przed chorobą. I dobrze. Pomimo, że miałem już spore doświadczenie, popełniłem techniczne błędy, tam poczułem jak ciało się buntuje, z powodu bólu nóg nie byłem stanie załatwić się w WC, na koniec asekurowany schodziłem ze schodów tyłem, podpierając się rękami, … a to tylko część doświadczenia.

– Zniszczony … 

JG – tak, ten bieg zdemolował mnie w dużym stopniu. Nie miałem pieniędzy, więc buty kupiłem na wyprzedaży, ale okazało się, że są nie do pary, a do tego za małe, czego nie czułem na krótkich treningach. WS100M zacząłem w mocnym tempie pokonując na początek 100km w około 10 godzin, w głowie miałem już srebrną klamrę (nagrodą jest klamra do paska od spodni, wykonywana ręcznie, srebrna dla tych, którzy ukończą poniżej 24 godzin, brązowa dla czasu poniżej 30 godz.), i wtedy pojawiły się problemy. Coraz dłuższe zbiegi – do 28km – powodowały, że stopy uderzały czubkami palców o przód butów, które, dodatkowo za małe, szybko zmasakrowały palce. Początkowo starałem się je podkurczać, ale to niewiele dawało, stopy puchły, w butach robiło się za ciasno, każdy okruszek, który wpadł do środka stawał się głazem. Czułem, że jest źle – krew, ropa, zmieszane z zerwanymi paznokciami tworzyły breję, a przede mną jeszcze 50 km. Miałem spory zapas czasu, ale w tym momencie zaczął się permanentny kryzys. Rozsypało się marzenie o srebrnej klamrze, zaczęła się walka z sobą, walka by ukończyć bieg.

Jurek Górski – stopy 2 dni po biegu, obok buty z wyciętymi przodami

– pojawiła się pokusa by zejść ? 

JG – Nie, tego nie miałem, ale obraz mojej walki dobrze pokazuje, że ostatnie 28km pokonałem w 8 godzin. Taki kryzys dopada i nie puszcza. Wszystko zaczyna się rozgrywać w głowie, szukasz rozwiązania, analizujesz i toczysz walkę ze swoim drugim ja, które woła, że warto odpuścić. To ciągły dialog i jeśli nie masz dobrze poukładanego celu i nie jesteś skoncentrowany na jego osiągnięciu, dopuścisz to łatwiejsze rozwiązanie.

WS100 profil – od prawej do lewej [meta] źródło: https://www.wser.org/course/maps/
– To jak wyglądała walka z samym sobą?

JG – Na początku szukasz rozwiązań technicznych. I tak na jednym z punktów odżywczych, pożyczyłem nóż i wyciąłem dziury w przodach butów uwalniając krwawą bryłę od ucisku. To nie był dobry pomysł, przede mną były kamieniste ścieżki, strumienie, piachy – bolało inaczej.

STRUMIENIE – westernstates_rivercrossing_1 źródło runnersworld.com foto Garet Millnet

Innym i dobrym akurat rozwiązaniem był kij, którym zacząłem się podpierać. To odciążało, ale kryzys nie mijał. Zacząłem się modlić – Boże daj mi ukończyć, pozwól bym doszedł. Myślałem o mojej Mamie, jak Ona będzie dumna kiedy się dowie, widziałem wszystkich, którzy czekali na mnie tam na mecie, to pomagało. Pomimo wielkiego kryzysu, ten wewnętrzny drugi Jurek, z pomysłem, by odpuścić i wejść w strefę komfortu, nie miał szans. W głowie miałem zadanie i cel. Myśl, by ukończyć podporządkowała decyzje i prowadziła prosto, pomimo że topniały szanse na klamrę brązową. Ważnym było wejście ‘pace makera’ – osoby, która może biec koło ciebie, ale nie za ciebie. To spora pomoc psychiczna, poza tym możesz przestać się koncentrować na wyznaczaniu tempa i pilnowaniu trasy. Pamiętaj masz prawo korzystać z dozwolonej pomocy i rób to! Walcz do końca.

– Jak radziłeś sobie z fizycznym bólem?

JG –Z jednej strony nieświadomość może pomagać, nie wiesz co cię czeka i czy może być gorzej. Ale, jeśli  nie znasz siebie do końca, to testowanie zachowań dopiero na zawodach może zawieść. Ja miałem przetrenowany ból z czasów kiedy wiłem się w narkotycznym głodzie, ciało wówczas bardzo cierpiało. Gdy pojawia się kryzys i bardzo boli, pojawia się taka myśl: – kurwa stań! Koniec, zejdź! Jeśli masz ten ból przetrenowany, wiesz, że można przez to przejść, byłeś już w takiej sytuacji, dasz radę. Tyle razy byłem w złej sytuacji i okazało się, że można – ta myśl bardzo mi pomagała.

– Modlitwa?

JG –Głowa poszukuje rozwiązań i sięga do Boga – doprowadź mnie na metę, proszę. To krótka i bardzo konkretna modlitwa, a w tle wizualizacja mety, czyli koniec cierpienia. Obraz taki powtarza się w głowie wielokrotnie, wyobraźnia zamienia cierpienie w radość i dumę. I znowu i znowu – te obrazy, taka prosta modlitwa, prowadzą cię dalej.

– Jak zakończyłeś WS100?

JG –Szczęśliwy ukończyłem w czasie 28 godzin. Wracając do domu, schody z samolotu pokonywałem tyłem, przy asekuracji stewardesy. Bardzo dużo się nauczyłem – np., że na terenowych biegach ultra najtrudniejsze są zbiegi, gdzie ciało spada i ogromnie przeciąża nogi, stopy puchną i powiększają się, dlatego buty muszą być bardzo dobrze dobrane. Poza tym, choć brzmi jak banał, ten sport rozgrywa się w głowie. Bez motywacji, wielokrotnego przepracowania celu w głowie trudno jest ukończyć trudny wyścig ultra.

srebrna, ręczni kuta klamra jest nagrodą za ukończeni WS100 poniżej 24h. Brązowa za ukończenie w limicie 30 godzin.

– Co byś dzisiaj powiedział Robertowi?

JG –Nie poznałem jeszcze Roberta, ale bardzo bym chciał i myślę, że takie nasze spotkanie przed startem mogłoby być bardzo ciekawe. To co zamierzacie, to co Robert Karaś zamierza, musi być jego celem i planem, musi tego bardzo chcieć. Reszta jest tylko pomocą i zabezpieczeniem: – ogłosiliśmy światu, – obiecaliśmy dać z siebie wszystko, to argumenty, które pomogą powalczyć z samym sobą w czasie ciężkiego treningu, podczas zawodów. Wiesz jak trudno wykonać na treningu ostatni interwał kiedy nie możesz złapać tchu, ledwo widzisz na oczy, jesteś sam, do zawodów jeszcze 4 miesiące, wokół krąży myśl – może jutro. Oczywiście podstawą jest przygotowanie fizyczne, bez niego, dystanse ultra, 2x ironman, czy 3x ironman są nierealne – ale o tym tu nie mówimy. Powtarzam, musisz się zaprogramować, inaczej nie dasz rady. Reszta argumentów, filozofia, którą dorabiasz – np., by ta próba jeszcze czemuś służyła, jest po to, by było łatwiej. Ale najważniejsze – musisz bardzo tego chcieć.

Rozmowę z Jurkiem Górskim (1 cz.) spisał Tomek Tarnowski – cdn…

zdjęcie nagłówkowe: Jerzy Górski. Źródło: aleteia.pl

 

za 678 km meta i CEL

Nogi muszą odpocząć, staje, ręką chwyta się płotu, drugą , na której wisi … siatka z zakupami – pół chleba i mały kefir – wyciera nos. To nie Robert, choć jemu na treningach też drżą nogi, ledwo dyszy, załzawionymi oczami patrzy na rozmazany świat, rękawem wyciera zasmarkany nos. Ten pierwszy to Pan Andrzej, 86 lat, samotny, o śniadanie musi zadbać sam, na obiad przyjdzie do „maltańczyków” – jeśli obiad będzie.

Maltański Klub Seniora – ćwiczenia – źródło FB Fundacja Św. Jana Jerozolimskiego

Zapytasz  Czytelniku, co ma projekt senioralny, czy pomoc dzieciom do wyczynów jednego z najwytrzymalszych sportowców na świecie? Cóż – chwilami mają się podobnie, a tak to nie ma porównania, no może jeszcze ta samotność na trasie.

samotni + bezdomni – Maltański Klub Seniora – źródło FB Fundacja Św. Jana Jerozolimskiego

Czasami na siłowni trener powie – ok. Robert teraz było dobrze – i brzmi to jak oklaski rodziców, których niepełnosprawne dziecko, za kolejną próbą, zrobiło pięć kroków, czy fikołka. Znowu podobny element, ale poza tym to dwa bieguny – najwytrzymalszy i najsłabsi.

Oczywiście, ekstremalnym wyczynem chcemy się wyróżnić i to już działa – media nas dostrzegły – wielkie dzięki, kibiców przybywa.

Zakon Maltański prowadzi różnorakie dzieła w całej Polsce, co w skrócie pokazuję w zakładce [ O NAS ]. Wsparciem seniorów zajął się tak, jak pewnie i Ty byś się zajął, gdyby do Ciebie przyszedł starszy człowiek, głodny, źle ubrany, wykluczony technologicznie. Dajesz gorącą zupę, a On wraca z prośbą o pomoc w wypełnieniu pisma, albo że zabrakło 2 zł na leki, no i już jesteś potrzebny, tzn. Twój czas, wiedza, umiejętności i czasem te 2 zł. Takich osób przybywa. Po  niedługim czasie razem już gotujecie zupę dla 50 osób, potem 300, w grudniu Wigilia, no i jest punkt spotkań, wsparcia: Poznań, Warszawa, Barczewo k. Olsztyna, Kraków, Toruń … za chwile inne miejsca, w których wolontariusze Zakonu Maltańskiego są aktywni. Program senioralny jest potrzebny, również dla 16+. To szansa na oderwanie się od wirtualnego świata, ćwiczenia w prezentacji opowieści, których rodzice nie zweryfikują, obieranie ziemniaków dla 300, miejsce by poczuć się lepszym.

Maltański Klub Seniora – codziennie wydawane posiłki

Fundacja „Przyszłość dla Dzieci” to inna opowieść. Jarek Tokarczyk, który kieruje wydawnictwem WM, stworzył kombajn medialny na Warmii i Mazurach, do którego prośby płyną szerokim strumieniem, więc 15 lat temu uruchomił fundację. Załatwiają konkretne potrzeby: zabiegi, wózki, pompy insulinowe, aparaty słuchowe … zaangażowali już ponad 6 mln zł, pod opieką mają kilkaset dzieciaków, a góra potrzeb coraz wyższa.

Co nas połączyło z Robertem Karasiem? Robert chce, by ogromny wysiłek jaki podejmuje jeszcze komuś służył. Bijąc Rekord Świata na metę wbiegł z biało – czerwoną flagą, ale nie jest w Kadrze Polski, bo takiej nie ma w tej dyscyplinie, nie otrzyma stypendium sportowego z centrali, w pewnym sensie samodzielnie musi o wszystko zadbać. Doskonale wie, jak samotność potrafi doskwierać podczas długich treningów i wyobraża sobie co znaczy wieloletnia samotność w przypadku seniorów, albo niepełnosprawnego dziecka.

Podczas kryzysów na trasie triathlonu będziemy przywoływać obrazy seniorów, niepełnosprawnych dzieci – najsłabszych, którzy mają trudniej, a do tego nie mogą nawet przegrać – bez wyjścia awaryjnego. Twoja obecność, jako kibica tej akcji (do lipca), będzie bardzo motywująca, jeśli możesz, daj znać na Facebooku, ewentualnie w komentarzu pod blogiem, zaproś innych, a jeśli Cię stać prześlij dowolną darowiznę na wybraną fundację i nie zapomnij o konkursie -:) [ zakładka – KONKURS ]. Świadomość, że nasza akcja dała radę będzie bardzo pomocna.

Tomek

ROBERT – wywiad TVN24

Start w wyścigu na 678km, tj. na potrójnym dystansie ironmana, wymaga ogromnych przygotowań fizycznych i mentalnych. Większość treningów, tzw. długich realizowana jest w samotności, te na basenie, siłowni, w otoczeniu innych osób bardzo pomagają psychicznie.

Niedawno TVN24 bis wyemitował 3 minutowy wywiad z Robertem zrealizowany 28 lutego br. (przepraszamy za słabą jakość dźwięku)

I jeszcze kilka zdjęć podczas demonstrowania takich ćwiczeń, które dla Roberta przygotował, odpowiedzialny za przygotowanie fizyczne, Piotr Benewiat z Gdańska.  To nie są proste ćwiczenia siłowe, na takie nie ma po prostu czasu. Piotr opracowuje zestawy, które mają za zadanie jednoczesne angażowanie wielu partii mięśniowych, rozwijają siłę, rozciągają, a do tego poprawiają stabilizację. Z pozoru wyglądają na łatwe, ale przy wielu powtórzeniach … – Spróbuj!

Piotr Benewiat ćwiczenia stabilizujące z Robertem Karasiem – Sopot sala SKŻ
Piotr Benewiat ćwiczenia z Robertem Karasiem – Sopot sala SKŻ

Bez obawy, nie będziemy w tym miejscu rozpisywali planów treningowych – a poza tym, takie plany rozpisuje właśnie teamkaras.pl , albo np. Piotr Benewiat.

Kilka ciekawostek ze sportowego dnia rekordzisty świata na podwójnym dystansie IM, – tylko odpowiedzi Roberta:

budzę się o 4 rano, 4:30 zaczynam trening …np. 20km, z tym że pierwsze 10km w tempie rozgrzewkowym 4:15-4:20/ km, drugie 10km w tempie narastającym, aż do 3:15/km. Przekąska i potem lekki basen – 5km. Odpoczynek i śniadanie. Odpoczynek drzemka i po 14:00 główny trening – w takim wypadku rowerowy.

trenuję 3x dziennie przez 6 dni,

bywa, że jem tuż przed treningiem, po to, by ćwiczyć żołądek – ma poprawić efektywność odżywania podczas wyścigu,

włączam również treningi nocne, tak by przyzwyczajać się do obciążeń o różnych porach doby.


1% – KRS 0000174988
Fundacja Polskich Kawalerów Maltańskich w Warszawie „Pomoc Maltańska”

HARDA – last ditch?

[foto tytułowe – Józek Krzeptowski Jr.] To trudny wpis, bo dla mnie HARDA to „WIELKA GÓRA”, która stanęła przede mną w styczniu. Wymagająca ogromnego wysiłku w przygotowaniach, wyrzeczeń przez kilka miesięcy i gwarantująca jedynie to, że będzie bardzo ciężko, może za bardzo. HARDA, albo inaczej HardaSuka, to najtrudniejszy na Świecie ekstremalny triathlon. Trudniejszy od Norsemana (zobacz – film przy 1 wpisie na blogu), Celtmana, czy Swissmana. Tu dystanse i przewyższenia zostały solidnie podkręcone. Pływania zamiast 3,9km jest 4,5km, a realnie płyniesz 5km, bo nie utrzymasz prostej linii. Oczywiście woda w górskim jeziorze na Słowacji jest zimna, albo bardzo zimna. Regułą jest, że kto dopłynie musi powalczyć zgrabiałymi rękoma ze zdejmowaniem pianki, co jest osobnym wyzwaniem i zanim wsiądzie na rower musi dobrze się rozgrzać, inaczej trudno podnieść głowę znad kierownicy i utrzymać prostą linię jazdy, a trasa,  dookoła Tatr,  wiedzie w ruchu ulicznym. Rower rozpocząć należy nie później niże 18:30 i do pokonania jest 225km z przewyższeniami 3 tys.m (suma metrów  w pionie = vertical). Zaglądam do opisów wielkich kolarskich wyścigów i tak, w Tour de France, etapy górskie mają ok. 150-200km i vertical między 2-5 tys. Są to najbardziej spektakularne dni trzytygodniowych zmagań kolarskich z morderczymi podjazdami i zjazdami rozpędzającymi 6kg rowery do 90km/h! Nas nie będzie widać, bo etap rowerowy zaplanowany jest jako nocny. Zaliczamy jednak strome podjazdy, m.in. pod Bukowinę Tatrzańską, Ząb i inne, które punktują dumę każdego kto dostał się na listę HARDEJ. Dodatkowo zawodników gonią limity czasowe, które nie pozwalają płynąć dłużej niż 2,5h, a z roweru trzeba zsiąść nie później niż o 8:00 rano. Najdalej w życiu przejechałem rowerem 180km ale po płaskiej trasie (2014 – pierwsza akcja = ironman za respiratory) i pamiętam jak ciężko było wypiąć się z żelastwa, nie mówiąc o rozpoczęciu biegu. A jednak jestem na liście startowej, jestem wśród 50 wojowników – duma wyświetla się raz na miesiąc i miesza z codzienną złością – po co!? Do tego bliskie otoczenie raczej wyrozumiałym milczeniem traktuje mój projekt – czytaj ‘zwariował’.

HARDA 2018 lista startowa

Rowerem mamy dojechać do parkingu przed Doliną Chochołowską i stamtąd zaczyna się 55km bieg, a w zasadzie marszobieg, z 5000m przewyższeń. Wielu z Was zna Tatry, więc poznacie trasę: start – parking – Dolina Chochołowska, schronisko – Wołowiec – Jarząbczy Wierch – Ornak – Schronisko na Hali Ornak – Czerwone Wierchy – Kasprowy Wierch – Schronisko Murowaniec na Hali Gąsienicowej – Krzyżne – Schronisko w Dolinie Pięciu Stawów – Świstówka – i meta przy schronisku nad Morskim Okiem, gdzie trzeba dotrzeć przed 22:00 – cały wyścig trzeba ukończyć przed upływem 30 godzin. W 2015, pogoda pozwoliła dokonać tego tylko 3 zawodnikom!

„Bieg Granią Tatr” (71km/ 5 tys. vertical), dłuższy o 16km, jest jednym z trudniejszych biegów ultra w Polsce. Wąskie ścieżki, głazy, kamienie, turyści na trasie, ogromne podejścia i nieprzewidywalna pogoda. Dokładnie to samo, tylko w nieco skróconej wersji, kończy HARDĄ.

Bieg Ultra Granią Tatr profil – źródło: http://www.graniatatr.pl/ – HARDA w znacznej cz. się pokrywa.
Bieg Ultra Granią Tatr profil – źródło: http://www.graniatatr.pl/ – pokrywa. Odejście trasy HARDEJ  niebieski kolor, w Dolinie 5 Stawów Polskich.

Jak do tego trenować? Jeszcze nie wiem, na razie biegam, zażywam kąpieli – bo tak chyba trzeba nazwać moje wizyty na basenie. Do roweru jeszcze się przyzwyczajam, bo czekam na sprzęt.

Po co? Tak mi się wydaje, że gdybym napisał do Was list, że Fundacja potrzebuje pieniędzy na pomoc starszym osobom, czy niepełnosprawnym dzieciom, nawet dorzucił tkliwe zdjęcia, uzasadnił, że Zakon Maltański to najstarsza instytucja charytatywna na Świecie, wiarygodna … to pewnie taki temat wpadłby od razu do kosza, podobnych próśb są tysiące. Od kilku lat, wspólnie z głównymi bohaterami naszych akcji, próbuję wyróżnić się z tłumu wołającego ‘help’ i zwrócić Waszą uwagę. Do tego staram się zgromadzić ciekawy, merytoryczny i prawdziwy materiał – to forma wdzięczności za Wasze zaangażowanie.

Myślałem, że poprzednia akcja z moim udziałem, będzie ostatnią, ale wyszło inaczej. „Las ditch” – ten angielski przymiotnik został mi w pamięci podczas słuchania historycznego audiobooka i pomyślałem, że dość dobrze pasuje do mojego udziału w 4 akcji – WIĘCEJ NIŻ IRONMAN.

„Last ditch” – przymiotnik w jęz. ang. ostatnia, ostateczna, rozpaczliwa – możemy dodać ‘próba’. Holandia przeżywająca rozkwit gospodarczy była łakomym kąskiem i tak w 1672 Anglia sprzymierzona z Francją napadła na Zjednoczone Prowincje Niderlandów. Wilhelm III Orański usłyszawszy ultimatum, że jeśli się nie podda, to jego kraj zostanie starty z map, miał odpowiedzieć: „istnieje jeden pewny sposób, dzięki któremu z pewnością nie ujrzę zguby mojego kraju – padnę w ostatnim rowie”.  Nie było łatwo, ale Wilhelm III Orański utrzymał się, poszerzył panowanie… i z czasem zasiadł na tronie Angielskim.

Foto tytułowe – użyczył Józek Krzeptowski Jr. – jest wspaniałe!

Tomek  cdn.

TOKIO Marathon – Prof. Jan Chmura

Zdobył Koronę Ziemi Maratonów a to oznacza, że przebiegł 42 KM na każdym kontynencie. Profesor Jan Chmura, fizjolog na Wrocławskim AWF zaczął biegać po 60 roku życia, by w wieku 66 lat uzyskać rekord życiowy 3 godziny 22 minuty! Nic za darmo, rok przed 70-tką, a On nadal wykonuje obciążenia treningowe sięgające nawet 100km / tygodniowo. Wszystko po to, by  przygotować się do długo oczekiwanego Maratonu w Tokio, na który próbował dostać się przez 3 kolejne lata. W końcu los się uśmiechnął   – 25 lutego 2018, po krótkiej aklimatyzacji Profesor staje na starcie jednego z największych biegów Świata.

Wspólnie z Profesorem Ratkowskim, byłym profesjonalnym maratończykiem, Mistrzem Polski z 1984 (2:12!) Jan Chmura jest ekspertem w naszej akcji. Obaj pomogą opowiedzieć o wysiłku, który czeka Roberta Karasia w triathlonowym wyścigu na 678km. Zadam również pytanie czy, po 50-tce, lepiej usiąść „pod gruszą” czy jednak można docisnąć maratonik, a co z HARDĄ? O wyniku Profesora z Tokio oczywiście poinformuje na blogu, w tym wpisie, oraz fejsie – zaglądajcie.

Prof Jan Chmura – maraton na Antarktydzie, źródło: http://azs.awf.wroc.pl/pl/

Biegi długie zaczynają być modne również w Polsce, wiedzą o tym Ci, którzy stają na starcie maratonów z liczbą 6-7 tysięcy uczestników i setki tysięcy wkurzonych mieszkańców, którym zablokowano kawałek miasta. Dlaczego zatem każda z dużych metropolii dąży do tego, żeby zorganizować taką imprezę? Bo to wielka promocja i ogromne pieniądze. Na maraton docierają biegacze z osobami towarzyszącymi, hotelik, posiłek, gdy nie zrobią życiówki nie demolują miasta, generalnie świętują w restauracyjce, przy lekkim posiłku i cienkim winku, … korzystają też z toalety – różnica jest! Do tego, biegowy biznes kręci się wiosną i jesienią, kiedy jest chłodniej.  Gadżety też są i to całkiem poważne, koszulki, worki, bidony to standard – a serie limitowanych butów biegowych wyglądają całkiem zachęcająco.

Asics-seria-limitowana-Tokyo – źródło Asics

Powiesz, że kilka tysięcy biegaczy to nic, a piłka  ściąga na stadion narodowy 55 tysięcy. Tak, u nas bieganie dopiero rośnie, ale zobacz dane z Tokio i Londynu. Profesor Chmura nie mógł się dostać przez 3 lata ponieważ chętnych jest ok. 300 tys., a miejsc „tylko” 35 tys., W Londynie zapisy trwały 5 dni i zebrały 380 tys. chętnych – pewnie w kolejnych latach ograniczą czas zgłoszenia. Okazuje się, że ze względu na pojemność arterii miejskich, graniczną ilością jest 50 tys. osób. Zawodnicy przed biegiem ustawieni są w długiej kolumnie i podzieleni na strefy czasowe, od najszybszych (elita) do najwolniejszych, a ci ostatni przecinają linię startu ponad 1,5 godziny po strzale startera – tyle trzeba czekać. Oczywiście każdy ma swój indywidualny pomiar czasu.

Profesorze – powodzenia!  Tomek

(foto nagłówkowe: tokyomarathon2016-źródło-www.japanbullet.com_.sport)


rezultaty - wpis z 2018-02-25

35 500 zawodników wystartowało o 9:00 rano. Pogoda w Tokio była dobra jak na maraton zimowy. Temperatura wahała się od 3 do 7 st C.

Yuta SHITARA ustanowił nowy rekord Japonii – 2:06:11, co jest o ponad minutę lepszym rezultatem od rekordu Polski Henryka Szosta, ustanowionego również w Japonii w 2012 (2:07:39 ). Zwycięzcą został Kenijczyk Dickson CHUMBA z czasem 2:05:30, wśród kobiet najszybciej pobiegła Etiopka Birhane DIBABA – 2:19:51.

Doszliśmy do nieoficjalnych wyników Profesora Jana Chmury, który osiągnął czas poniżej 4 godzin – 3:56:48. ! Czyli tempo 5’36” / km; prędkość  10,69 km/h. Pierwsze 10 km w ok. 53’51” min.

http://p.marathon.tokyo/numberfile/82557.html

Gratulujemy !

Ekstremalnie – tak po prostu.

Z 4 akcją wjeżdżamy na najwyższą orbitę sportów ekstremalnych, i gdy rozpoczynałem jej promowanie spotykałem się z różnymi reakcjami, także negatywnymi, że to niebezpieczne, a w ogóle po co? Szczerze mówiąc na szybko nie miałem dobrej odpowiedzi prócz tej, że – taki sport a przez niego łatwiej zwrócić uwagę na dobroczynny cel. Postanowiłem troszkę przepracować ten temat.

80 tysięcy lat temu współcześni ludzie skutecznie wyszli z Afryki i zadomowili się w zimnej Europie,  w XV wieku przepłynęli Atlantyk i odkryli nowe ziemie, krwawe operacje medyków w końcu doprowadziły do fenomenalnych osiągnięć w chirurgii. Z każdą z tych prób ludzkość ponosiła ofiary, i … robiliśmy krok do przodu. Czyli przekraczanie granic ogólnie ma sens, choć w momencie ich przekraczania, często sensu nie dostrzegamy. Widzimy raczej ból i cierpienie, a do działania pcha nas ciekawość oraz pasja.

Świetny wywiad Julii Lachowicz z Reinholdem Messnerem, bo szczery do bólu, pokazuje współczesne podejście do kwestii ekstremalnych wyczynów. [ fragment ]

„JL. Tak samo było ze zdobyciem Mount Everestu bez użycia tlenu? Nikogo pan nie pytał o zdanie?

RM. Gdy rozmawiałem z lekarzami i specjalistami, byli przeciwni. Silna choroba wysokościowa, krwotoki, uszkodzenia mózgu, nawet szaleństwo: nikt nie wiedział, czy ludzki organizm przeżyje na takiej wysokości, co się będzie z nim działo. Ani ja, ani mój partner Peter Habeler też nie wiedzieliśmy. Wchodzenie na Everest z tlenem nie było dla nas żadnym wyzwaniem.

JL. Ale po co tak ryzykować?

RM. Gdy w 1953 r. Edward Hillary i Tenzing Norgay jako pierwsi zdobywali Everest, robili to po to, żeby stanąć na szczycie. Ja natomiast chciałem lepiej poznać siebie i swoje granice. I im, i mnie się udało. Dwa lata później wróciłem na Everest, by zdobyć go samotnie. To był kolejny stopień mojej metafizycznej podróży w głąb siebie.”

Więcej:
http://www.national-geographic.pl/traveler/adventure/messner-kukuczka-byl-bez-szans

Surowo, szczerze do bólu.

Kiedy rozmawiałem z Robertem o jego początkach i drodze do rekordu świata, to otrzymałem podobnie lakoniczną odpowiedź.

RK – „Zacząłem od piłki ręcznej, potem było pływanie, którego nie do końca rozumiałem i przyszła przerwa, podczas której zobaczyłem obraz czołgających się na metę iron mana triathlonistów. Po pół roku treningu spróbowałem (2012) i zająłem 2 miejsce na pełnym dystansie [3,9 – 180 – 42]. Na mecie nie było tak źle, więc pomyślałem – trzeba w to iść. W 2014 zdobyłem Mistrzostwo Polski na tym dystansie, a dalej to już praca nad sobą”.

Sucho, bez bajkopisania. Ale chyba tak jest, że na szczycie wieje samotnością, więc co tu opowiadać. Messner nawet widoków nie podziwiał.

Gdy zadałem pytanie o to co sądzą znajomi, Robert odpowiedział

RK – „gdy rozmawiamy czuję, że ludzie nie rozumieją tych odległości, skali wysiłku. Nie wiedzą również, że ludzkie granice sięgają znacznie dalej – więc raczej trudno mi o tym opowiadać”.

Tomek T.

Jak pomóc

1% – KRS 0000174988
Fundacja Polskich Kawalerów Maltańskich w Warszawie „Pomoc Maltańska”

Dobroczynność i godność

Popielec. Znalezione w necie – w wolnym tłumaczeniu. Foto domena publiczna Facebook:

Zapytała go –  „po ile sprzedajesz jajka”.

Stary sprzedawca odpowiedział – „5 rupii jedno, proszę Pani”.

Powiedziała – „wezmę 6, ale za …25 rupii”.

Starzec odrzekł – „proszę, weź je po Twojej cenie. Może to będzie dla mnie dobry początek dnia ”.

Odchodziła z przelotną satysfakcją zrobienia dobrego zakupu, wsiadła do samochodu i pojechała na spotkanie  z przyjaciółką do restauracji. Wspólny czas biegł przyjemnie a jedzenie było wyśmienite, na koniec właściciel restauracji przyniósł rachunek na 1410 rupii. Wręczyła 1500 i dodała „dziękuję – reszty nie trzeba”.

Sytuacja z pozoru jest zwyczajna, ale też charakterystyczna – pokazujemy częściej naszą siłę i dominację względem słabszych i potrzebujących. Jednocześnie, gesty hojności kierujemy względem tych, którzy tego nie potrzebują.

Kupienie 5 jaj byłoby dobroczynnym gestem opakowanym w godność.


1% – KRS 0000174988
Fundacja Polskich Kawalerów Maltańskich w Warszawie „Pomoc Maltańska”

dwa wyzwania są aktualne

Komfort bycia kontuzjowanym zniknął. Opublikowaliśmy zapowiedź drugiego (mojego) wyzwania i muszę zmierzyć się z nierealnym. Robert Karaś podejmie próbę pobicia rekordu świata na potrójnym dystansie ironmana, a dla mnie wyznaczył … ekstremalny triathlon – HARDA – ultimate triathlon challenge:
5km w zimnej wodzie – jezioro na Słowacji,
225km dookoła Tatr to górski etap rowerowy – tylko nie mam roweru!
55km biegu – to ultra trial Granią Tatr z 5000m przewyższeń – czyli suma metrów podbiegów w pionie.

Grudniowe rozważania o wyścigu NorseMan wróciły do mnie jak ‚karma’ i to w znacznie trudniejszej postaci.

Na początek otrzymałem wsparcie od Józka Krzeptowskiego Jr. w postaci pięknego zdjęcia z Tatr (stanowi ilustrację 3 nagłówka). Krzysiek Roch ulokował niezbędne informacje i .. to koniec miłych wrażeń :)! Reklama już jest, a inną sprawą jest – jak się do tego w ogóle zabrać?
Tomek

PS – zobacz jak się czułem 29 jak sprowokowałem aktualne kłopoty – poprzedni wpis niżej

zaczynamy

10 miesięcy temu kończyłem 3 akcję – „maratońską”, z taką myślą, że do trzech razy sztuka, poza tym byłem zmęczony. We wrześniu, na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych  obejrzałem przedpremierowy pokaz filmu „NAJLEPSZY” opowiadający o dramatycznej życiowo drodze Jurka Górskiego, od narkomana do mistrza i rekordzisty świata w ultra triathlonie (dystans 2x ironman w czasie ok. 24,5h), sięgnąłem po świetną książkę Łukasza Grassa,  o tym samym tytule. Równolegle dowiedziałem się, że rekord świata w tej morderczej konkurencji wrócił do Polski w 2017 roku, za sprawą Roberta Karasia z Elbląga. Zarysował się pomysł! Po kinowej premierze filmu, w listopadzie, zadzwoniłem do Jurka Górskiego, który powiedział, że na ile będzie mógł chętnie pomoże w 4 akcji charytatywnej. Niedługo potem, Robert Karaś zgodził  się na wykorzystanie jego startu podczas MŚ 2018 w ultra triathlonie na POTRÓJNYM dystansie – uff!

Staszek Szufa, informatyk, doktorant na UJ, założył stronę www. i uruchomił bloga – mamy zatem oprawę. Krzysiek Roch podratował braki w estetyce nagłówka, więc – ZACZYNAMY!

W 3 poprzednich akcjach brałem czynny udział i choć, każdą przeklinałem w okresie trudów przygotowań, dzisiaj cieszę się z każdego sportowego dnia. Tym razem nie da się jednak stanąć bezpośrednio u boku Roberta i zmierzyć z dystansem 678km, choć ten gwarantowałby mi heroiczne zakończenie całej historii, bez osiągania mety, i to już w pierwszej konkurencji :). Brak wyzwania nie oznacza jeszcze braku działania, więc ruszyłem ostro z treningami i po 10 dniach … natura przypomniała że nie mam 30 lat. Złapałem kontuzję i zrezygnowany pauzuję.

Po pierwszej akcji, w 2014 roku, nieśmiało zaglądałem na takie oto wydarzenie –  NORSEMAN. Dystans jak w ironmanie, tylko pływanie (3,8km) w zimnym fiordzie, potem rower (180km) w terenie pofałdowanym, a bieg maratoński (42km)  prowadzi pod górę – z poziomu morza na 1800 mnpm, jakby na Kasprowy. Wlewam dobrą kawę (jak na tytułowym obrazku) i włączam ten film, z błogą świadomością, że … nie wybieram się do Norwegii:

cdn.

Tomek Tarnowski