zimowa HARDA

W grudniu zeszłego roku dynamiczna sytuacja umieściła mnie w przygotowaniach do wyścigu znacznie trudniejszego niż Norseman, Swissman, czy Celtman, o których dawniej czytałem z zapartym tchem. Po pierwszych przeliczeniach HARDA wydawała mi się nieosiągalną, znam góry, liczyłem te kilometry i w okularach potrafię doczytać swój pesel. Na początku było 3xNIE – nie dam rady, nie jest to rozsądne, nie chce mi się ! W końcu podjąłem decyzję na TAK, z myślą, że zabiorę ze sobą białą flagę, tak na wszelki wypadek. Nie będę zanudzał przygotowaniami, ale 290 godzin czystego treningu i ponad 3080 przebytych kilometrów w 6 miesięcy, wymagało poświęcenia i wyrzeczenia – ale właśnie na tym polegają akcje Programu „Zakon Maltański Ekstremalnie”.

Zbudowanie suportu do takiego wyścigu nie jest łatwe, ale bardzo ważne, a mnie poszczęściło. Kasia, w sposób naturalny i konsekwentny przez kilka miesięcy odchudziła mnie do wagi startowej 82kg, a podczas zawodów przejęła rolę centrali. Pierwszy zadeklarował się Jerzy Donimirski, ‘ojciec chrzestny’ Programu Zakon Maltańskie Ekstremalnie i formalnie mogłem w styczniu zgłosić obowiązkowy team samochodowy, jako suport biegowy dopisałem Janka, mojego syna. Tuż przed startem przypadek spotkał mnie z Anią Ciskowską, której propozycję wsparcia na biegu przyjąłem natychmiast. Roweru – tzw. „szosy” nie posiadam a trenowałem, przez 8 tygodni, na pożyczonym od Michała Cervelo. To kolejny dobry znak, gdyż pożyczenie takiego roweru jest mało realne, wielu trzyma takie maszyny w sypialni pod przykryciem, z ostrzeżeniem dla domowników „nie dotykać” – Michał wielkie dzięki! 10 dni przed startem Zdzichu Wojtyło, zadecydował jednak, że ze względu na skalę podjazdów pojadę na jego maszynie, lekko niedopasowanej, … „no może nie Twój rozmiar, ale Zubereca podjedziesz, a z bólem sobie poradzisz”– tak wyglądał bike-fitting i przygotowania do kolarskiego etapu górskiego. Kuba, mąż Ani, widząc mój stan niewiedzy uzupełnił spore braki sprzętowe, w tym kluczowe oświetlenie, w ostatniej chwili wrzucił ciuchy kolarskie. W zbyt małym kasku Zdzicha, obowiązkowej kamizelce odblaskowej, którą wyciągnąłem z auta, oraz 3 różnych zestawach ubrań wyglądałem jak kosmita. Szczęście, że nie musiałem patrzeć na ten obrazek -:).

Przyjaciele z Nosalowego Dworu, [Ewa, Mirek -:) wielkie dzięki! ] na czas pobytu w Zakopcu, zapewnili wręcz niebezpieczny komfort, aż się nie chciało jechać na Jezioro Orawskie.

siłownia w Nosalowym Dworze – lekki rozruch tuż przed startem – foto : Paweł Dobrzyński. To ćwiczenie było kluczowe dla przygotowań (siłowych)- powolny wypad na 1 nogę. W maju maks obciążenia: 4 serie 15 wypadów na l. i p. nogę  / ketle 2 x 24 kg /

22 czerwca, w pierwszy dzień lata, zaczyna się wyścig w trudnych warunkach pogodowych, nazwany później zimową HARDĄ.

[obudziłem się o 6:00,  start o 16:00 – czas 28 godz 27 min., usnąłem o 24:00 w sobotę. 42 godziny bez snu – do tego też się trzeba przygotować.]

23 czerwca 2018 5 Stawów Polskich – foto kamery TOPR – Agnieszka Adamczyk

Odprawa idzie sprawnie, Organizatorzy sprawdzają nawet rękawiczki co,  jak się później okaże,  ma głęboki sens. Na parkingu przy drodze celebra przedstartowa, jedzenie, skręcanie rowerów, pompowanie kół, ostatnie  układanie rzeczy w aucie Jerzego. Czuję się bezpiecznie, bo wszystko działa sprawnie i Zdzichu, ze swoim doświadczeniem, jest z nami.

Piotr Szmyt – sprawdza dokładnie wszystkie elementy sprzętu ubezpieczenie … ma to ogromne znaczenie! Foto – Janek Tarnowski
nasz team – Zdzichu Jerzy, Kasia, ja zajadam obiad przedstartowy – Janek fotografuje.
zdjęcie zawodnikami tuż przed startem, foto Janek Tarnowski

Jesteśmy zaproszeni na pokład, zawodnicy żegnają się ze swoimi team’ami, ja czuję, że Kasia jest lekko niespokojna, więc szepczę, że będzie dobrze. Ruszamy, a dla mnie jest to wzruszający moment, każdy macha ręką, pokazuje kciuk do góry, choć ze stromej rampy nie widać gdzie stoją nasi bliscy. Statystyki pokazują, że około 50% z nas nie ukończy, ale teraz wszyscy czujemy się członkami wygranej grupy. Turystyczny statek wywozi nas na środek jeziora. Woda jest ciepła i spokojna, warunki świetne, czuję, że spływa na mnie niesamowity spokój.

idę z zielona bojką

Na  pokładzie jedni gadają, inni koncentrują się w ciszy, ja zamykam oczy i odmawiam krótką modlitwę.

źródło FB HARDA – foto: Pietruszka – fotografia

Zatrzymujemy się, w miejscu startu, z wysokości ok. 1 m wskakujemy pojedynczo do wody – jest ciepła. Pomarańczowe czepki formują linię, zaczyna się odliczanie 10, … 2, 1 start. Lekkie, kurtuazyjne zakotłowanie, ale walki w „pralce” nie ma, to nie sprint, przed nami blisko 30 godzin napierania. Po 20 minutach łapię rytm, reguluje oddech i wyłączam nogi, kręcą same ręce, a ja nie mam nic do roboty, więc relaks. Rozleniwiony zaczynam rozdzielać intencje, tzn., który moment trasy komu duchowo dedykuję, całość HARDEJ jest dla walczącej o zdrowie Oli, córki przyjaciół, młodej mamy.

Z rozważań wybudza mnie całkiem duża, boczna fala, jestem zły, że trzeba się wziąć za nawigację, bo konsekwentnie znosi mnie na prawo. Sprawa nie jest banalna, bo nawigujesz unosząc głowę do góry co spowalnia i męczy, dodatkowo kołnierz pianki ociera kark do krwi. Chyba to zaniedbuję, bo płynąc zygzakiem dodaje sobie 8-10% dystansu, więc czas na mecie 1h50’ nie zachwyca, ale nie tylko ja pobłądziłem.

Tomek wyjście z wody T1 – źródło FB HARDA – foto: Pietruszka – fotografia
Tomek – woda wyciąga energię – T1 – źródło FB HARDA – foto: Pietruszka – fotografia

To jednak jest bez znaczenia, jestem na brzegu, zdejmuję piankę i czuję lekką telepkę, woda zabrała swój kawał energii, jak pierwszy pobór opłaty. Teraz suport, którym dowodzi Zdzichu, bierze mnie w obroty i po chwili, najedzony, uczesany wychodzę na rower. [ ok. godziny 18ej. ]

Kasia i Zdzichu pracują na T1

Pogoda idealna, pusto na drodze, po 20km wjeżdżamy do Polski, ale jeszcze nie czuję, że się rozgrzałem. Za Chochołowem pojawiają się podjazdy, staję na pedały i czuję pierwszą stróżkę  potu – chyba się zaczyna. Przed Zębem są i fragmenty ponad 12%, które połykam w rytmie trzymając kadencję, tak jak jak Zdzichu przykazał, pewnie ok. 75-80 obr. /min., ale to moje wrażenie, bo jestem bez pomiaru. Jest Ząb i pierwsza nagroda – zjazd, a bardziej konkretnie – ‘speed’. Na liczniku 74km/h – totalny rock&roll, adrenalina, strach – bajka! Po 60 km urozmaiconej jazdy spotykamy się z całym team’em na Łysej Polanie, szybko wchłaniam ciepłą przekąskę, którą bezbłędnie zabezpiecza Kasia i w drogę. Od jakiegoś czasu pada lekki deszcz, zaczyna być zimno, za chwilę zacznie szarzeć.

wyjazd z Łysej Polany

Po 90km zaczyna boleć mnie prawe kolano od wewnątrz, ale nic nie mówię Jerzemu i Zdzichowi, bo po co – „pamiętaj nie idziesz na imieninowe ciasteczko, będzie bolało”… kręcę, no i za kolejną godzinkę dochodzi ból pleców – to akurat mam wkalkulowane, na tym rowerze jeździłem zaledwie 4 razy. Połykam kilometry, pilnuję regularnego jedzenia (co 40min / kanapeczki, banany), co nie jest łatwe w nocy, przy prędkości 25km/h. W końcu osiągamy kolejne Mikulase, tu robię popas, tak by u stóp podjazdu na przełęcz przed Zuberecem „paliwo zdążyło dojść do silnika”. Nie wiem co mnie napadło, ale postanowiłem podjechać te ok. 10km za jednym razem włączając modlitewne intencje za Olę! Napieram jak opętany, a prędkość 12- 9km/h potwierdza, że toczę prawdziwy bój z górą – w końcu  jest szczyt! W nagrodę zjazd i znowu czuję się jak pocisk, jadę ponad 70km/h, podszyty strachem, bo już pada śnieg, szosa jest mokra i przy tej prędkości niewiele widzę – jest czad! Dumny z zaliczenia największej gór, chcę odpocząć i właśnie teraz HARDA pokazuje kły. Śnieg z deszczem, zimnica zbliżającego się poranka, błyskawicznie odzierają mnie z resztek ciepła i energii.  Podjazd przed Oravicami niewiele pomaga, na zjeździe ponad 50km/h lodowata woda leje się z obu kół wprost na mnie, no i do tego z nieba – „termy”, „kraina jacuzzi” – głoszą tablice w Oravicach. Jestem przemarznięty, nie czuję stóp i dłoni, a do końca 30km.

Tomek Chochołowska – foto Julita Chudko – źródło FB HardaSuka

Na T2 w Chochołowskiej dojeżdżam jak zombi, nie mam w sobie ani krzty energii – jestem wyzerowany!! To również efekt braku rowerowej kurtki przeciwdeszczowej, ale OK, miałem pełną świadomość niedoskonałości mojego wyposażenia. Suport też ma dość, bo jazda autem w takim tempie nie jest łatwa. Na parkingu czekają Kuba z Anią i po ponad 30 min. odpoczynku, walki z przebraniem, nakarmiony wyruszam z Anią na część biegową . Najlepsi są już w górach, inni leżą w autach i stosują 15 minutową drzemkę, niektórzy zawodnicy mają specjalny namiot ze stołem do masażu, w którym suporty doprowadzają do lepszego stanu.

Ania Ciskowska wyprowadza Tomka z T2 – jej rola będzie kluczowa – Dolina Chochołowska – Julita Chudko Photography +
Ania Ciskowska i Tomek blisko Schroniska na Chochołowskiej – w górach … zima – Julita Chudko Photography +

Dzień już wstał, jest jasno, wchodzimy w Dolinę Chochołowską, gdzie Ania przejmuje dowodzenie. Jest perfekcyjna, odnajduje właściwe tempo, reaguje na każde przejawy, że możemy przyspieszyć, albo trzeba zwolnić, jednak nie pozwala bym człapał.

foto: Ania Ciskowska

Za Grzesiem, wchodzimy w krainę śniegu, więc próbuję pierwszego żela energetycznego, ale chyba jestem niedogadany z moim żołądkiem, który odmawia współpracy. Poczucie, że zaraz rzucisz pawia, nie jest fajne, do tego słabnie apetyt na inne frykasy. Ania znajduje w swoim ogromnym plecaku, herbatę, bułkę i jakoś napieramy choć nie czuję dynamitu pod butem. Kraina śniegu szybko zamienia się w krainę mgły, wiatru i lodu na skałkach, znaczy, że jesteśmy ponad 2000 mnpm.

foto: Ania Ciskowska

Na podejściach napieramy, na płaskim biegniemy, na zejściu niestety idziemy, bo jest potwornie ślisko. Skoro tak to znaczy, że na zbiegach nie nadrabiam czasu podejść, zaczynam markotnieć i w takich momentach mój suport okazuje się zbawieniem – rozmawiamy a ja zapominam o trudach, ból też wyłączyłem.

bywało i bardzo stromo – suport może ubezpieczać, ale nie pomagać. – foto Julita Chudko – źródło FB HardaSuka

Mam wrażenie, że wlokę się z trudem, energetycznie gasnę, na podejściach wbijam wzrok w buty Ani i staram się przetrwać. Nieśmiało pytam o limity, bo już ciężko mi się liczy całość.  Cały czas czekam, aż żołądek wybierze jakieś rozwiązanie, ale przyszło dopiero po 8 godzinach, koło Kasprowego. Z tym żołądkiem to mogło być trochę inaczej, żel mógł nie przypasować, ale  teraz oceniam, że popijanie (na rowerze) zimnego płynu z bidonu, a potem drobne łyczki wody z lodowatej rurki camelbag’a, przyczyniły się do skurczy żołądka. Alternatywą było stawanie na ciepłą herbatę z termosu, ale częste zatrzymania też nie wchodzą w grę, więc tak to jest. Do schroniska na Ornaku dochodzimy bardzo sprawnie, a tam czekają na mnie same niespodzianki – zupa pomidorowa, Agnieszka Adamczyk – przewodniczka tatrzańska, koleżanka Ani oraz Władek Donimirski, syn Jerzego. W grupie zaczyna być inaczej, wsłuchuję się w opowieści innych i zapominam o wyścigu.

Foto Agnieszka Adamczyk – Tomek, Ania, Władek – z  Ornaku na Czerwone Wierchy

Agnieszka przejmuje dowodzenie i widać, że wie co się dzieje, po chwili daje mi swoje kije i jest łatwiej. Na Czerwonych biegniemy, co bardzo dobrze na mnie wpływa. Na Kasprowym rodzinna strefa kibica z Tatą na czele dzielnie trwa w oczekiwaniu, wszyscy gratulują jakby to była już meta, tylko Kasia uwija się z gorącą zupą, pytaniami o przebranie ect., ona walczy na tym wyścigu jak ja, … od stycznia!

krótkie spotkanie na Kasprowym – foto Ania Donimirska

Robimy fotkę i wspólnie z moim synem Jankiem i Władkiem, który decyduje się na kontynuowanie, ruszamy w dół do Murowańca – 45 minut zbiegu pokazuje, że noga trzyma, żołądek też odpuścił. Spotkanie na górze, informacja, że wielu kibiców śledzi moją pozycję na live-tracking’u zobowiązuje i uskrzydla – jest znowu dobrze. Organizator wspólnie z TOPR zmienił trasę, gdyż zalodzona przełęcz Krzyżne jest zamknięta, zasuwamy przez Waksmundzką, co powoduje, że dystans się wydłużył a zmniejszyły przewyższenia. Nowa część trasy to dzisiaj kraina deszczowego lasu, strumyków, śliskich korzeni i jest kompletnie „nie biegowa”. Chłopcy bardzo pilnują szczegółów, jedzenia i picia, ale również przypominają, że to wyścig , więc co rusz słyszę – „ciśniemy”! Chcą bym walczył o każdą minutę na tym cholernie trudnym wyścigu, oni też biorą w tym udział – czuję, że im zależy. Janek zna moją pozycję, ale nie mówi jak jest.

przed metą

Meta przed Schroniskiem w Morskim Oku jest uwolnieniem od moich sportowych zobowiązań względem samego siebie, miejscem gdzie być może pozbędę się demonów przeszłości. Myślę o mojej Mamie, która gdzieś tam w niebie pozwala bym się potknął, ale nie upadł, myślę o Oli i wielu z Was. Czas 28 godzin i 27 minut oraz 11 miejsce na 27 sklasyfikowanych a 47, którzy wystartowali, dają satysfakcję. Delikatnie poprawia ją jeszcze fakt, że byłem najstarszym uczestnikiem.

nagrodą jest koszulka FINISHER’a

HARDA – hmm.. napisałem na FB Hardej, że jest to wyścig, który, jak w prawdziwym lustrze, pozwala obejrzeć samego siebie, posmakować nadziei, strachu, zrezygnowania, euforii…

Wszystkim chciałbym bardzo podziękować za pomoc, kibicowanie, już płynące wsparcie do fundacji maltańskiej.

Co się zmieniło? Przeżyłem przygodę i to jest moja prywatna nagroda, jednocześnie chcę przypomnieć, że jestem tylko „portierem”, który uchylił drzwi na widownię przed Mistrzostwami Świata, na których wystartuje, już w lipcu, mój młodszy kolega – Robert Karaś i spróbuje pobić rekord świata na dystansie potrójnego ironmana. Dziękuję, że zajmujecie miejsca na wirtualnej trybunie, biletem jest wpłata na fundacje w dowolnej wielkości (!) Jak wielu nas będzie? Oby jak najwięcej, ale ja niestety nie mam talentów Jurka Owsiaka, czy Ks. Jacka Stryczka, nie mam telewizji, ani ambony … a może nie potrzebuję, … bo Wy jesteście ?

Robert (Karaś) – the floor is yours, będę w pierwszym rzędzie -:) cdn. / Tomek.

Specjalne podziękowania dla magicznego miasta, które ma wyjątkowe warunki do uprawiania sportów przez cały rok, pisania książek, odpoczywania ...po prostu życia - to o Sopocie! MOSiR Sopot pomógł mi na basenie, życzliwość trenerów, ratowników pozwoliła pokonać dystans HARDEJ  bez dmuchanych rękawków -:). SKŻ Sopot posiadający najlepszych windsurfingowców świata przygarnął na siłowni gdzie przez 6 mies. zmieniałem się z Tomasza w Arnolda. Las na wzgórzach morenowych skutecznie skrywał przejawy mojego lenistwa i załamań - był jak dom.
PODZIĘKOWANIA szczególne:
Kasia - całość
Izio - inspiracja w Zakonie Maltańskim od wielu lat, suport, nagrody
Zdzichu - strategia sportowa, rower, suport
Wojtek - doradztwo, badania
Janek - suport, relacje, strona www
Ania i Kuba - suport
Władek - suport
Agnieszka - suport
Staszek - strona www
Krzysiek - grafika 
Michał - pożyczone Cervelo
dla tych, którzy ze mną trenowali urozmaicając trudny czas: Kasia, Rysiek, Wojtek, Maciek, Krzysiek, Zdzichu, Tomek  
                    bez Was ta akcja, wyglądałaby inaczej.

Harda – relacja on-line z wyścigu – Janek Tarnowski

Link do śledzenia postępów Tomka: http://event.trackcourse.com/view/hardasuka-ultimate-triathlon-challenge-2018

Statek turystyczny, zabrał 50 zawodników na środek Jeziora Orawskiego i o g. 16tej wystartowali. Pierwsza dyscyplina – 5 km wpław, dla szybszych z grupy to około 1h10’, będą i tacy, którzy spędzą w wodzie ponad 2h.

Pogoda dobra  lekki wiatr w plecy, temp wody ok. 19 stopni.

18:00

Tomek popłynął w czasie ok. 1h45′ co jest zgodne z założeniami (1h45’)

Przebranie, jedzenie i wyjazd na trudną, górską trasę rowerową – 225km i 3000m przewyższeń w pionie, z takimi podjazdami  jak Ząb, Bukowina, i killer trasy –  10km podjazd Zuberec na Słowacji (na 164 km trasy). Trzeba pamiętać, że w tych zawodach obowiązuje zakaz draftingu (jechania za kimś w tunelu aerodynamicznym – do 30% lżej !) – tu każdy zawodnik walczy z oporem powietrza samotnie, jest jakby w jednoosobowej, 225 kilometrowej ucieczce kolarskiej!

22:00

Ok. 60 km roweru za Tomkiem. Od jeziora na Słowacji – Chochołów, Ciche, Nowe Bystre, Ząb,  Poronin, Bukowina i Łysa Polana. Dojechał o g. 20.30, co jest nieznacznie wolniej względem założeń (20:20 na Łysej Polanie ). Zaczął padać lekki deszcz, a prognozy na dalszą cz. trasy są fatalne – po 01:00 temp. ujemne i śnieg, niżej śnieg z deszczem, deszcz.

Nocna jazda wymaga maksymalnego skupienia na śliskiej nawierzchni, a zmęczenie będzie narastało. Spodziewany dojazd do Chochołowskiej 3:40, tam przebranie, kolejny posiłek i wspólnie z Anią Ciskowską, która suportuje Tomka od Chochołowskiej – dalej Grześ, Wołowiec, Starorobociański – Ornak – Schronisko Ornak – Czerwone Wierchy, Kasprowy, gdzie ja dołączę do Taty, Hala Gąsienicowa, Krzyżne, 5 Stawów, i oby meta… w  Morskim Oku.

9:00

Tomek już biegnie od 4:10 i jest 10! Pogoda dramatyczna, na rowerze przemoczony (śnieg z deszczem) przy prędkości 50-74 km/h zjazd z Zubereca zamarzał, powtórka zamrażania na zjeździe w okolicy Oravicy.   W górach zima  – śnieg, na grani wiatr i ujemne temperatury, bardzo ślisko.

12:05

Organizator w porozumieniu z TOPR zmienia trasę – Krzyżne są zalodzone, bez raków nie ma sznas. Trasa od Murowańca prowadzi teraz przez Waksmundzką Rówień, potem szlakiem czerwonym do Morskiego Oka. Całość się wydłużyła, przy  mniejszych przewyższeniach.

16:20

Spotkanie kibiców z Tomkiem na Kasprowym. Dociera z 3 suportami [Ania Ciskowska, Agnieszka Adamczyk, Władek Donimirski ],  jest w formie, uśmiechnięty. Są gratulacje, pozdrowienia, Kasia (Mama) podaje ciepłe jedzenie. Tomek walczy z żołądkiem, ponoć żel energetyczny.. Biegnę dalej z Tatą.

20:35 (ok.)

Tomek dociera na metę. ok 1.5h przed limitem 30h.

00:20

Tata zajął 11 miejsce ! Na starcie pojawiło się 47 zawodników, z listy 50. Sklasyfikowanych na mecie, którzy ukończyli w limicie, zostało 27.

Janek Tarnowski