Ekstremalnie – tak po prostu.

Z 4 akcją wjeżdżamy na najwyższą orbitę sportów ekstremalnych, i gdy rozpoczynałem jej promowanie spotykałem się z różnymi reakcjami, także negatywnymi, że to niebezpieczne, a w ogóle po co? Szczerze mówiąc na szybko nie miałem dobrej odpowiedzi prócz tej, że – taki sport a przez niego łatwiej zwrócić uwagę na dobroczynny cel. Postanowiłem troszkę przepracować ten temat.

80 tysięcy lat temu współcześni ludzie skutecznie wyszli z Afryki i zadomowili się w zimnej Europie,  w XV wieku przepłynęli Atlantyk i odkryli nowe ziemie, krwawe operacje medyków w końcu doprowadziły do fenomenalnych osiągnięć w chirurgii. Z każdą z tych prób ludzkość ponosiła ofiary, i … robiliśmy krok do przodu. Czyli przekraczanie granic ogólnie ma sens, choć w momencie ich przekraczania, często sensu nie dostrzegamy. Widzimy raczej ból i cierpienie, a do działania pcha nas ciekawość oraz pasja.

Świetny wywiad Julii Lachowicz z Reinholdem Messnerem, bo szczery do bólu, pokazuje współczesne podejście do kwestii ekstremalnych wyczynów. [ fragment ]

„JL. Tak samo było ze zdobyciem Mount Everestu bez użycia tlenu? Nikogo pan nie pytał o zdanie?

RM. Gdy rozmawiałem z lekarzami i specjalistami, byli przeciwni. Silna choroba wysokościowa, krwotoki, uszkodzenia mózgu, nawet szaleństwo: nikt nie wiedział, czy ludzki organizm przeżyje na takiej wysokości, co się będzie z nim działo. Ani ja, ani mój partner Peter Habeler też nie wiedzieliśmy. Wchodzenie na Everest z tlenem nie było dla nas żadnym wyzwaniem.

JL. Ale po co tak ryzykować?

RM. Gdy w 1953 r. Edward Hillary i Tenzing Norgay jako pierwsi zdobywali Everest, robili to po to, żeby stanąć na szczycie. Ja natomiast chciałem lepiej poznać siebie i swoje granice. I im, i mnie się udało. Dwa lata później wróciłem na Everest, by zdobyć go samotnie. To był kolejny stopień mojej metafizycznej podróży w głąb siebie.”

Więcej:
http://www.national-geographic.pl/traveler/adventure/messner-kukuczka-byl-bez-szans

Surowo, szczerze do bólu.

Kiedy rozmawiałem z Robertem o jego początkach i drodze do rekordu świata, to otrzymałem podobnie lakoniczną odpowiedź.

RK – „Zacząłem od piłki ręcznej, potem było pływanie, którego nie do końca rozumiałem i przyszła przerwa, podczas której zobaczyłem obraz czołgających się na metę iron mana triathlonistów. Po pół roku treningu spróbowałem (2012) i zająłem 2 miejsce na pełnym dystansie [3,9 – 180 – 42]. Na mecie nie było tak źle, więc pomyślałem – trzeba w to iść. W 2014 zdobyłem Mistrzostwo Polski na tym dystansie, a dalej to już praca nad sobą”.

Sucho, bez bajkopisania. Ale chyba tak jest, że na szczycie wieje samotnością, więc co tu opowiadać. Messner nawet widoków nie podziwiał.

Gdy zadałem pytanie o to co sądzą znajomi, Robert odpowiedział

RK – „gdy rozmawiamy czuję, że ludzie nie rozumieją tych odległości, skali wysiłku. Nie wiedzą również, że ludzkie granice sięgają znacznie dalej – więc raczej trudno mi o tym opowiadać”.

Tomek T.

Jak pomóc

1% – KRS 0000174988
Fundacja Polskich Kawalerów Maltańskich w Warszawie „Pomoc Maltańska”